Biograficzny film dokumentujący życie i twórczość Alexandra McQueena, od kilku dni gości na dużym ekranie. Co sprawiło, że zwykły chłopak z robotniczego szeregowca w Stratford, wdarł się na sam szczyt modowego Everestu? Czym uwiódł takie gwiazdy jak Björk, Rihanna czy Lady Gaga? Jak zapewnił swoim pokazom i kreacjom nieśmiertelność? Poznajcie niezwykłą historię Alexandra McQueena.

Alexander McQueen

Fabuła filmu „McQueen” Petera Ettedgui i Iana Bonhota skonstruowana jest wokół 5 pokazów, które z jednej strony były kamieniami milowymi jego kariery, a z drugiej stanowiły momenty istotnych przemian osobowości Lee Aleksandra. Solidny, dynamiczny montaż materiałów archiwalnych oraz wypowiedzi wielu świadków tamtych wydarzeń, z minuty na minutę rysują sylwetkę artysty, który bezgranicznie poświęcił się swojej pasji. Płacąc za to najwyższą cenę.

Ale zacznijmy od początku.

Lee McQueen urodził się w Stratford, robotniczej dzielnicy Londynu. O swoich szkockich korzeniach, które odcisnęły się na jego twórczości, dowiedział się dzięki matce, która wpajała w młodym chłopcu zamiłowanie do historii. Z ojcem – londyńskim taksówkarzem – nie łączyła go szczególna więź. Miał pięcioro rodzeństwa.

Alexander McQueen, 2009 rok. Fot. Eric Ryan/Getty Images

Szybko odkrył w sobie pasję do projektowania. Szkoła go nudziła, więc bez wahania w wieku 16 lat z niej zrezygnował. Swój talent krawiecki szlifował odbywając staże w przeżywających renesans, angielskich domach mody przy Savile Row, gdzie pracował m.in. dla Anderson and Shepart i Gives & Hawkes. W poszukiwaniu modowych inspiracji, trafił także do Włoch. Brak pieniędzy, jakichkolwiek koneksji czy znajomości języka nie stanowiły dla niego żadnego problemu.

Pierwszym wielbicielem jego talentu była ciotka, która ufundowała mu naukę w legendarnym Central Saint Martins College of Art. And Design. To tu – wśród ludzi takich jak On - zaczął odkrywać historię mody, poznawać różne style, poszukiwać inspiracji. Szukał jej dosłownie wszędzie: na ulicach, w ekstrawaganckich klubach nocnych i śmiertelnie nudnych – jego zdaniem - ówczesnych pokazach mody. Nie bał się eksperymentować z materiałami, szył nawet z … folii spożywczej.

Dantejski debiut i niezwykła relacja z Isabelą Blow 

Nauka w legendarnej szkole dała mu możliwość debiutu z pracą dyplomową na nowojorskim tygodniu mody. Lee McQueen przedstawił się światu mroczną kolekcją „Dante”, inspirowaną „Boską Komedią”. Pokaz oczarował Izabelę Blow – charyzmatyczną i ekstrawagancką brytyjską stylistkę i modową trendsetterkę, która wykupiła całą jego kolekcję. I utorowała przed młodym projektantem, drogę na sam szczyt.

Symbioza Izabeli oraz Lee była wyjątkowa, z pewnością była czymś więcej niż komercyjną relacją i mogłaby stanowić oś osobnego filmu dokumentalnego. Izabela Blow była od samego początku autentycznie zakochana w projektach McQueena i bezgranicznie wierzyła w jego talent. To ona namówiła go do przybrania drugiego imienia Alexander. Mając uznanie, kontakty i szacunek w branży, otwierała przed nim wszelkie możliwe drzwi. Osobiście zabiegała o publikacje w branżowych mediach. Pomagała zorganizować kolejne pokazy. Negocjowała kontrakty. Mawiała, że za 600 funtów, McQueen jest w stanie stworzyć cudowną kolekcję.

Alexander McQueen i Isabella Blow fot. EAST NEWS

Ale Alexander McQueen nie pasował do ówczesnego świata mody. Ze swoim wizerunkiem wulgarnego, nieatrakcyjnego chłopaka przypominającego raczej stadionowego chuligana, niż wyrafinowanego projektanta, nie miał prawa wybić się w hermetycznym, przyzwyczajonym do szyku i elegancji świecie mody. Świecie zarezerwowanym tylko dla wybranych. Lee Alexander postanowił więc wywrócić ten świat do góry nogami, torując własną ścieżkę na modowy Everest. Otworzył modę na zupełnie nowe horyzonty, zamieniając pokazy w ekscytujące, niekonwencjonalne spektakle, przepełnione posępną symboliką, często wykraczającą poza standardowe wyczucie smaku. Równie wielką wagę jak do samych kreacji, przykładał do scenografii, choreografii i dźwięku. Inspirował się mrocznymi dziełami Hitchcocka, Godlinga czy Boscha.

Przekraczając kolejne granice, balansując na granicy dobrego smaku zyskał opinię enfant terrible światowej mody. Niejednokrotnie jego pokazy spotykały się z miażdżącą krytyką. McQueen nie odbierał jednak tego jako porażki - Moje pokazy to sex drugs and rock and roll. Mają elektryzować. Wywoływać emocje. Nie chcę robić pokazu po którym czujesz się jak po niedzielnym objedzie. Zdecydowanie wolę upojenie lub odrazę – mawiał .

W takim duchu powstawały kolejne, wybitne pokazy.

Jak „Higland Rape”, nawiązujący do rzezi Anglików dokonanej na szkockich góralach, podczas którego półnagie, zakrwawione i poobijane modelki wystylizowane na ofiary gwałtu prezentowały się na wrzosowym wybiegu. Czy psychodeliczny „Asylum”, gdy zamknął modelki w specjalnie przygotowanym sześcianie z lustrzanymi ścianami, imitującymi oddział psychiatryczny. Albo „Eclect Dissect” zainspirowany historią chirurga, tworzącego nowe formy z elementów kobiecego ciała.



Pokaz "Asylum", fot. East News

Nie sposób oczywiście wymienić tu wszystkich kolekcji, którymi McQueen wywoływał kolejne terapie szokowe, budując sobie pomnik prekursora sztuki performance. 

Romans z haute cuoture i pierwsze rysy na wizerunku

Gdy hermetyczny, modowy salon zaczął oswajać się z obecnością buntowniczego chuligana na pokładzie, otrzymał kolejny, bolesny cios. Alexander McQueen w wieku 27 lat otrzymał od Bernarda Arnaulta angaż dyrektora kreatywnego w … Givenchy! W samym centrum paryskiego świata mody, rozkochanego w szyku i elegancji znalazł się On i jego wesoła, angielska ekipa ze swoimi odrażającymi pokazami. Alexander McQueen nie był entuzjastą wchodzenia w ścisłe ramy wyznaczane przez Givenchy, ale nie miał wyboru. Angaż w Givenchy był szansą dla jego własnej marki.

Rozpoczął się najbardziej intensywny okres w życiu Alexandra. Rozdarty między Paryżem a Londynem, gdzie rozwijał autorską markę, oddał się bezgranicznie tytanicznej pracy. Niezwykłe tempo, coraz większe oczekiwania, presja i poszukiwanie kolejnych inspiracji odciskało na nim coraz większe piętno. Gdzieś znikał jego entuzjazm, pogodna osobowość i poczucie humoru. Bywał arogancki, z lekkością pozbywał się ludzi, z którymi wszedł na szczyt. Odwrócił się także od swojej mentorki, Izabeli Blow, ignorując jej starania o pracę dla Givenchy.

Na początku XXI wieku otrzymał kolejną propozycję nie do odrzucenia. Gucci zaproponował wykupienie 51% akcji marki Alexander McQueen. Lee Alexander bez wahania porzucił Paryż i wrócił do Londynu. Dzięki transakcji mógł wreszcie bezgranicznie oddać się własnej marce, realizując najbardziej wyrafinowane ze swoich surrealistycznych pokazów.

Wdrapał się na sam szczyt.

Śmierć patronki i samotność na szczycie.

Samobójcza śmierć jego mentorki Izabeli Blow w 2008 roku, wstrząsnęła nim i przekierowała zwrotnicę w życiu Alexandra McQueena. Tym razem to świat brał od niego pełnymi garściami, nie dając niczego w zamian. Stał się cieniem samego siebie, zakładnikiem własnego talentu. Zmagał się z coraz bardziej pogłębiającą depresją, poczuciem samotności. Flirtował z kokainą. Podczas jednego z przygodnych romansów, zaraził się także HIV. Zabieg liposukcji, który miał dodać mu powagi, sprawił, że zaczął tracić swoją osobowość. Nie wiem kim teraz jestem – mawiał. 

Wciąż jednak tworzył niezwykłe pokazy. Jak niezwykle barwną „La Dame Blue” , inspirowaną motylami i sokołami, które ukochała Izabela Blow. Kolekcję, która oczywiście była hołdem dla zmarłej przyjaciółki. Czy inspirowanej Darwinem „Platos Atlantis”, prezentującą krótkie sukienki, futurystyczne, wysokie buty i kreacje z odcieniami oceanu oraz digitalowych pikseli, przypominających pancerze podwodnych gatunków. W kolekcji zakochała się Lady Gaga, która wykorzystała motywy z „Platos Atlantis” w hicie „Bad Romance”.

Pokaz "Platos Atlantis", fot. East News

W 2010 roku na rozchwianego, pogrążonego w nałogu kokainowym i depresji Alexandra, spadł kolejny cios: śmierć matki. Rozbity Alexander nie doczekał nawet jej pogrzebu – 11 lutego 2010 roku, popełnił samobójstwo.

Alexander McQueen na zawsze odmienił świat mody, zamieniając nudne pokazy w formę sztuki i wyznaczając szlak dla całego pokolenia twórców performance. Może to było powodem tego, że tak bardzo jego kreacje pokochały gwiazdy takie jak: Sarah Jessica Parker, Bjork, Cate Blanchet, Lady Gaga, Gwyneth Paltrow, Rihanna, Gwen Stefani, prezentując je na czerwonym dywanie.

Film „McQueen” Petera Ettedgui i Iana Bonhota to obraz godny Mistrza. I jak najbardziej warty obejrzenia, do czego gorąco Was zachęcamy.